Strona główna serwisu Strona główna forum

  Grupa:  Zupa storczykowa

 Temat:  Po kilku latach uprawa w orchidariach załamuje się...
  Strona:    Poprzednia    1  2  [3] 4  5    Następna

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Halina Roszkowska
E-mail: halina.roszkowska@paphiopedilum.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 11:26:33
ŚWIĘTA RACJA!!!
Ja sobie to mówię przy każdym kolejnym zamówieniu

Halina

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Romuald Kosina
E-mail:  
Data: środa, 15 sierpnia 2007 12:40:23
Dzień Dobry!!!!!!
No, no!!! I do czego to doszło! Muszę się pogniewać na Jurka Błaszczyka za to "moje zlekceważenie" Jego pytania, a którego to zlekceważenia i pytania nie chwytam szarymi komórkami w przeszłości.
Myślę, że bardzo trafnie napisała Pani Halina Roszkowska, że Jej przekonanie o optymalnych warunkach, jakich dostarcza storczykom, jest złudne. I to jest prawda!!!! Nikt z nas takich warunków stworzyć nie może. Kto z Państwa zna jakikolwiek inny żywy organizm z dowodem na nieśmiertelność (przynajmniej wizualną)? Nikt. I to jest prawda. Nawet jeśli jakieś typy wzrostowe storczyków mogą się powielać wegetatywnie, to przecież najczęściej rosną u nas w coraz to ubożejącym środowisku, w którym nagromadzają się czynniki stresogenne (drobnoustroje, szkodniki, szkodliwe wydzieliny) - można by powiedzieć, że dochodzi do "wystorczykowienia" (odpowiada to terminowi rolniczemu "wyłubinienie") naszego środowiska w szklarniach i witrynach. Ponadto wiemy, że rośliny tego samego gatunku mają różną żywotność w różnych środowiskach, np. buki w rezerwacie im. Orkana w Gorcach żyją około 250 lat, zaś w rezerwacie Rotschilda w Alpach Austrii ok. 400-500 lat (jeśli dobrze pamiętam). Żeby nam nasze storczyki zupełnie nie zginęły, wymyśliliśmy hodowle in vitro i to może zapewniać rzeczywiście nieśmiertelność danych genów.
Sandra Wawrzyniak napisała kiedyś, że w ogóle nie przejmuje się umieraniem storczyków i ja idę w Jej ślady. U mnie też nagle giną rośliny różnych gatunków. Wszyscy chcielibyśmy, żeby nasze roślinki były cały czas piękne, kwitnące, wprost na "wystawowy wybieg". Pytam: "Jak długo moża być na topie???"
Myślę, że piękno uprawy storczyków zasadza się również w tym, że jest to jednak uprawa trudna, wbrew opinii w różnych książeczkach, że jest łatwa. Że wymaga ciągłej naszej staranności. Wydaje mi się, że doświadczenie każdego z nas powinno prowadzić do wniosków co do gatunków najlepiej dostosowanych do "naszych" indywidualnych warunków uprawy - każdy z nas może mieć wtedy w swojej witrynie oryginalny zestaw roślin.
Pozdrawiam Wszystkich!!!
Romek
P.S. Jurku, przepraszam, że nie zareagowałem na Twoją wypowiedź wcześniej, ale wiesz, że mnie tu przez jakiś czas nie było.

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Ewa Jóźwiak
E-mail: Ewka@hejstorczyki.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 14:36:34
Witam,

bardzo lubię "wytrawne smaki" i pewnie dlatego wciąż znoszę gorycz porażek. Trudno się nie przejmować nawet ze względu na koszty poniesione (nie tylko finansowe), myślę tu o czasie. Życia nie starczy aby doświadczać i stworzyć własną długowieczną kolekcję. A może to zauroczenie, właśnie na tym polega? Wciąż nowe wyzwania, tak po ludzku i dla ludzi.

Pozdrawiam
ewka

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Ania Nowak
E-mail: aoffgreen@wp.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 16:05:44
Witam

No to może ja także dorzucę swoje trzy grosze.

Moje orchidarium ma już 6lat, moze troche wiecej (wczesniej oczywiscie parapety i kazdy inny oswietlony kat w mieszkaniu). Przez ten czas przechodzilo ono wiele przebudow i ulepszen i tak jest do dnia dzisiejszego - czytaj: do dzis nie skonczone przez co warunki uprawy wewnatrz sa nieco ekstremalne.
Zauwazylam u siebie nieco inne objawy: mianowicie po trzech latach uprawy rosliny dopiero przystosowuja sie do warunkow i zaczynaja rosnac i kwitnac, tak jakby musialy wyregulowac sobie swoj biologiczny zegar po stresie zwiazanym ze zmiana miejsca zamieszkania.
Nie mowie oczywiscie ze nie starcilam zadnej rosliny , bo starcilam ich w sumie przez wszytkie lata uprawy, jak ostatnio policzylam zagladajac do mojej "skrzynki śmierci" nieco ponad sto, co liczac przez nieco wiecej niz 10lat zajmowania sie storczykami w ogole, srednio ok.do 20 roslin na rok, przy czym tak, jak u Jerzego wiele się powtarza - coś co bardzo chcialam miec, ale nigdy nie prztrwalo w moich warunkach, rosliny zarowno bardzo proste w uprawie, ale widocznie nie dla mnie: jak np. encyclia cochleata ( teraz juz wreszcie u mnie rosnie i kwitnie) po bardziej wyrafinowane, zwłaszcza, że wiekszość roslin, ktore posiadam z uwagi na mozliwosci lokalowe to miniatury.
Zreszta nie dotyczy to tylko storczykow: od lat probuje hodowac utrikularie, ale kazda jedna jak na razie usmiercilam.
Wiele z tych roslin stracilam takze przez moje czeste i dlugie podroze. Reszta jednak "zgonow" byla w wiekszosci tylko i wylacznie moja wina - nie liczac jedengo ataku ślimakow
Pewna prawidlowosc to fakt, ze usmiercane przeze mnie rosliny byly to mlode, male okazy, zazwyczaj o "delikatnym" pokroju liści i systemu korzeniowego - jednym slowem od poczatku mialy raczej male szanse, ale czlowiek szaleje i uczy sie dopiero na bledach po latach...
Żadna roslina, ktora kupilam jako silna, dorosla nie padla mi nigdy bez powodu. W tej chwili rzadko kupuję rośliny wielkości ledwo co wyrośniętej siewki, czy jednoroczne.
Zauważyłam, że róznego rodzaju dziwne choróbska to plaga ostatnich dwóch, trzech lat w ogóle(wg mnie głównie dotyczaca roślin kupowanych na terenie UE), czy przez to, że nasze kolekcje się rozrosły, czy też przez problemy producentów w ogóle, czy też przez uodpornianie się świata wirusów (i tym podobnych) na środki zapobiegawcze. Proszę przeanalizować nasze posty na różnych forach, jakoś ostatnio bardzo często o chorobach mowa, kiedyś tematy pojawiały się sporadycznie. Praktycznie z roku na rok przybywa leków dla ludzi, gdyż farmakolodzy nie nadążają za wirusami i bakteriami, których poszczególne szczepy stają się całkowicie odporne na najsilniejsze antybiotyki. Oczywiście jest tu duza wina po stronie odbiorcow, ktorzy nie stosuja srodków tak jak powinni, ale nie o tym mowa. Prosze zauwazyc, ze jednoczesnie przez okres ostatnich przynajmniej 5lat lista produktów przeznaczonych do ochrony roślin dla przeciętnego hodowcy prawie się nie zmieniła.


Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Ania Nowak
E-mail: aoffgreen@wp.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 16:08:36
Ciąg dalszy:

Np. zmora milosnikow phalaenopsisow - plamistosc. Kiedys sie z nia jakos nie spotykalismy.
Kilka miesiecy temu wydalam mojego pierwszego storczyka - oczywiscie phalaenopsisa, ktory przetrwal wszystko: od bledow uprawowych pierwszych storczykowych krokow( kilka lat rósł w ziemi ogrodowej) przez przedzorki, wciornastki, moje nieobecnosci itp. przez ponad 10lat! rosnac i kwitnąc nawet w okresie powolnego zjadania przez robale.
Żeby było śmieszniej, moje rośliny są traktowane chemią dopiero, jak je cos zjada. Nie stosuje, pewnie z wrodzonego lenistwa oraz chronicnego braku czasu, zadnych profilaktycznych opryskow.
Pomimo, że mam szczęście do dziwnych robali, a nawet udalo mi sie wychodowac forme przedziorka odpornego na kazdy srodek chemiczny (w koncu musialam sie pozbyc roslin, walka trwala 2 lata, skonczyly sie srodki chemiczne na rynku)
to spotkaly mnie tylko dwie niespodzianki:



Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Ania Nowak
E-mail: aoffgreen@wp.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 16:15:33
Nie wiem dlaczego, ale nie chce przyjąć mi całego tekstu , więc część dalsza:

Pierwsza niespodzianka to pomor wszystkich katlejowatych (z reszta od tego czasu praktycznie ich nie mam), jednakze rosnacych w wrunkach parapetowych.
Dzis jestem pewna, ze winą był kilku tygodniowy remont generalny mieszkania i rosliny na ten czas byly przeniesione w inne miejsce - efekt: jedna za drugą czernialy od środka na zewnątrz w tempie dwoch dni padaly, przy czym dotyczylo to tylko katlejowatych, a inne gatunki stojace doniczka przy doniczce obok nawet nie zareagowaly.
Druga niespodzianka to infekcja w orchidarium, ale tu dopatruje sie swojej wlasnej glupoty, kiedy to zakupione swiezo rosliny wsadzilam z rozpedu do orchidarium bez uprzedniej kwarantanny - wystarczy, ze jedna byla chora.

Wyjątkiem, który przetrwał już wszystko, nawet moj pomor katlejowatych, jest roslina kupiona u Jerzego z pierwszego importu z OHG - Rhyncholaelia digbyana, która dopiero po trzech czy czterech latach od zakupu zaczela rosnac. Od poczatku stoi sobie wcisnieta w kat na parapecie - uwaga: kuchennym, zapominam o jej istnieniu, jadlo ja juz wszystko, podgniwala, byla raz poparzona sloncem, a mimo to zyje i wypuszcza przyrosty. Faktem jest, ze nigdy jeszcze nie zakwitla, ale to juz moja wina, bo o nia nie dbam.
Ewidentnie potwierdza tu teze o osobniczej odpornosci.
Wiem, ze najlepiej czuja sie u mnie bulbophylla i pleurothalidy, ktore uwielbiam, dlatego skupiam sie na tych dwoch grupach, chociaz, jak kazdy maniak nie moge sobie czasami odmowic czegos innego. Te dwie grupy sa u mnie najliczniejsze, myślę że stanowią 65% kolekcji, ale dziela orchidarium rowniez z innymi roslinami, takze "niestorczykowymi" np. paprotkami. Moze dzieki temu, że w jakims stopniu "uprawa" jest ujednolicona gatunkowo po prostu pewne choroby i wirusy i robale jej nie dotyczą (nigdy wciornastek nie zaatakowal mi bulbophyllum).

Bardzo rzadko cokolwiek pisze na tym forum, ale tym razem nadrobilam wszelkie zaleglosci i przekroczylam chyba wszelkie granice

Pozdrawiam



Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Sandra Wawrzyniak
E-mail: cass@poczta.onet.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 22:02:26
No zmobilizowaliście mnie Koleżanko taaak długim postem do napisania paru słów na temat.

Orchidarium nie posiadam, rośliny uprawiam w ogrodzie zimowym a więc warunki raczej szklarniowe. Trudne bo latem gorąco a zimą zimno.

Ponieważ w mojej kolekcji następuje bardzo duża rotacja, trudno mi powiedzieć ile roślin udało mi się uśmiercić. Na pewno im więcej kupuję tym więcej zabijam . Najczęsciej są to zawinione śmierci, rośliny które dotarły do mnie w kiepskim stanie, rośliny zalane zimą, zasuszone rośliny na korku i Masdevallie których jestem seryjnym mordercą.

Zeszły rok był rzeczywiście kiepski jeśli chodzi o paskudne choroby, ale i tak bilans nie wyszedł najgorzej.

W tym roku na sezon letni postanowiłam zainwestować w dracularium - szklana gablota z IKEA, no i nie jestem specjalnie zadowolona. Nie widzę żadnych rewelacyjnych efektów, spektakularnych kwitnień a za to plamy spowodowane kiepskim przepływem powietrza - jeden wentylatorek to za mało.

Właśnie wróciłam z prewencyjnego oprysku środkiem grzybobójczym, bardzo kojąco działa na moją psychikę .

Czy ja się nie przejmuję ? Chyba przestałam, ale jest to tylko dowód na to jak zaawansowana jest moja choroba, zdaje się że przestałam trzeźwo myśleć

Natomiast nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy - WYRZUCANIA, kiedyś reanimowałam każdy kawałeczek, każdego zdechlaka. Teraz już wiem że nie warto bo może to być ogromne zagrożenie dla moich pozostałych roślin.

pozdrawiam
Sandra

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: arek
E-mail: corralus@02.pl
Data: środa, 15 sierpnia 2007 22:10:43
Sandruś oczekujemy więcej. SZCZEGÓŁY

co z tym dracularium, wywalałas, sprzedawałaś, ale na bank zostały w szklarni dłużej.
Coś na ten temat?

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Anna Kamińska
E-mail:  
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 14:39:56
Witam Wszystkich,
dorzucę tu swoje ,trzy grosze'...
6 -letnia przygoda ze storczykami nauczyła mnie,że nie należy specjalnie przejmować się utratą jakiejś rośliny - przecież jest tyle innych do sprowadzenia w moje progi
Zresztą nigdy nie przytrafił mi sie tzw.pomór. Może dlatego, że nie miałam aspiracji, żeby moje storczyki były idealne w wyglądzie - nie przejmowałam sie zbytnio plamką lub wełnowcem, tylko starałam sie to zatrzymać w miarę możliwości - za pomoca jak najmniej drastycznych metod - mam tu na mysli chemię !

Poza tym - czy ktoś wie, ile lat naprawdę żyje orchidea w naturze? Myślę, że jedna dłużej, inna krócej - tak jak warunki pozwolą.
Dlaczego więc w sztucznym dla siebie otoczeniu miałyby żyć długo


I jeszcze sprawa doboru storczyków do indywidualnych warunków każdego - moim zdaniem to ma znaczenie. Chyba za dużo chcemy mieć storczykowych różnosci i trudno jest nam uchwycic optymalne:światło, wilgotność, temperaturę,itp.

POdsumowując - skłaniam się coraz bardziej do orientacji na grupę storczyków o podobnych wymaganiach. Po kilku latach różnych prób wiem, jakie orchidee rosną w mojej oranżerii najchętniej i najdłużej
POzdrawiam

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Piotr Markiewicz
E-mail: piotrmar@yahoo.co.uk
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 22:03:18
A ja może troszkę z innej strony. Ewidentnie rośliny które nie są w super warunkach padają szybciej, niedostosowane warunki do gatunków kolejny powód, ale czasem jak wiele z państwa zauważyło nie ma widocznych powodów, ale może są te niewidoczne.
Brak mikroelementów, śladowych pierwiastków niezbędnym w niemal niemierzalnych ilościach. Nie będzie ich często w wodzie z RO, nie będzie ich w nawozach, nie będzie ich w wodzie kranowej lub też będą w nieodpowiednich związkach,często nawet w organicznych nawozach nie znajdziemy wszystkiego, lub też nie będzie w użytecznej przyswajalnej formie czy stężeniu dla roślin...

Grzyby, wirusy, bakterie, no i stosowane środki anty-..., a czy ktoś się zatanowił, że przy okazji takich oprysków można także zabić (tutaj to tylko hipoteza z mojej strony) niezbędne grzyby do zdrowego wzrostu roślin, nie wiem czy tylko podczas wysiewu są one niezbędne, ale mam wrażenie, że i w późniejszym wzroście roślin mogą być im potrzebne, i tak samo jak rośliny tolerują przez jakiś czas warunki jakie im tworzymy tak samo żywotność roslin oceniałbym w stosunku do możliwości przetrwania dla takich nieodzownych mikroorganizmów, ...

No i jeszcze jedna rzecz, tak in vitro - wspaniała technika, ale czy napewno powielanie genów roślin, a czy przypadkiem także zwiększenie możliwości błędnych zapisów w genach, nie wpływa na kondycję naszych roślin? Które i tak często są już bardzo osłabione rzadkością występowania w przyrodzie. Próba np powielania z niewielkiej liczby egzemplarzy może doprowadzić do efektu wąskiego gardła - braku pełnego kompletu genów populacji, w przyrodzie często to prowadzi do powstania nowej odmiany a czasem nawet gatunku, ale w taki sztuczny sposób może to mieć inne konsekwencje. No i czy to wszystko nie osłabia nam naszych nabytków? Dlaczego kilka lat temu były phalaenopsisy które żyja 25 lat i więcej, a teraz no nie wiem, czy są czy będą z nowych rozmnażalni w laboratorium tak długowieczne rosliny
Krzyżówki czasem mają to do siebie że pozwalają właśnie na taki świeży oddech genów i nie tylko bujniejszy wzrost (wynikający np poliploidalności genotypu, czy innych jego zmian) ale i odporniejszy na rożne czynniki zewnętrzne...
i proszę nie mylić bujności krzyżówek z bujnością hybryd sklepowych nafaszerowanych hormonami, kto wie też czy i podczas wzrostu gatunkóew nie używa sie w masowej produkcji zbyt dużej dawki stymulantów, które uzależniają roślinę a w konsekwencji mogą być zgubne i to wcale nie w tak szybkim okresie czasu by to zauważyć od razu...

No tak więcej pytań niż odpowiedzi, ale takie jest życie

No i oczywiście życzę pięknych kwitnień, nawet jeśli będą ostatnim tchnieniem - piękno jest ulotne, życie też - kwestia tylko perspektywy, czasem 3 lata to całkiem długo a czasem i 20 lat nie wystarczy...

Pozdrawiam

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Jurek Błaszczyk
E-mail: jurekbe@poczta.fm
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 22:52:58
Witam ponownie,
Zdumiało mnie, że poruszone zostały aż tak mało prawdopodobne powody załamania upraw, jak "zegar biologiczny" (moim zdaniem dość nieprawdopodobne to - internetowe "tablice trwania życia" nie dotyczą przecież naturalnych warunków), kwestie tłoku w orchidariach , braku światła, braku wiatru, też nadmiaru/braku chemii podawano jako prawdopodobne przyczyny, a woda?
Nikt się nie odniósł do wody, bez tego nie podsumujemy wątku

Ponownie uprzejmie przypominam, że w tym wątku raczej chodziło o to, dlaczego BOTANICZNE rośliny, które zdecydowały się współpracować, jednak po kilku (trzech?) latach odmawiają współpracy.
Pzdr Jurek

Hehe... wczoraj Romek już się "odobraził" prawie dzięki jednaj pięknej Chiloschista... i wtedy właśnie strąciłem na podłogę Jego ulubiony kubek do herbaty

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Grażyna Siemińska
E-mail: g.sieminska@chello.pl
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 23:05:30

Witam,

Jurek, przecież na pewnym etapie "ilościowym" chyba każdy ma RO, albo dobrą deszczówkę, albo demineralizowaną, do których dodaje się to i owo...

A teraz kolejny przykład, bo właśnie chyba "kończy żywot" Trichopilia tortilis x turialbae . Zakupiona w lipcu 2004, zakwitła 2 kwiatami rok później, potem kolejne kwitnienie (też 2 kwiaty) latem 2006, a teraz nadaje się praktycznie na kompost, dokładnie po 3 latach u mnie, w tym samym stale miejscu w orchidarium. Nie wydała nowego przyrostu, psb zanikają

Pozdrawiam,
Grażyna

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Jurek Błaszczyk
E-mail: jurekbe@poczta.fm
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 23:19:57
Powoli trzeba ten wątek podsumować, stąd pytanie, czy wodę też może ktoś podejrzewa

U mnie (z tych co widzę) Aerangis - fuscata i biloba zamierzeją zejść, choć to z powodu mojej idei uprawy erangisów na podkładkach raczej niż w doniczkach może, więc absolutnie nie będą te (dość pewne) zgony nic wnosiły do tematu...
Pzdr Jurek

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Wanda
E-mail: wabert@tin.it
Data: czwartek, 16 sierpnia 2007 23:25:21
Witam,
moze rzeczywiscie zalezy to od klonow. Wczesniej wspomniany przeze mnie aerangis podobno zostal pobrany z naturalnego srodowiska, jesli uda mi sie dowiedzec ile ma lat, napisze.
Z pozdrowieniami
Wanda

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Joanna Piekarska
E-mail:  
Data: piątek, 17 sierpnia 2007 22:33:22
Wodę też można podejrzewać choćby ze względu na ph - zbyt niskie lub zbyt wysokie i roślina nie będzie mogła pobierać wszystkich dostarczanych jej z wodą składników pokarmowych i mikroelementów

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Tomek Szewerniak
E-mail: vetom@wp.pl
Data: sobota, 18 sierpnia 2007 16:01:26
Witam ponownie !
Bardzo, bardzo ciekawy wątek... Przeczytałem po raz kolejny wszystkie posty i zacząłem się zastanawiać , czy wynika z tego jakaś konkluzja . Nic nie wymyśliłem, ale przyszedł mi do głowy jeszcze jeden powód "padnięć " naszych storczyków. Zdajemy sobie sprawę ,że głównym zadaniem każdego żywego organizmu jest wydanie potomstwa ( przedłużenie gatunku) . Do tego celu rośliny muszą zakwitnąć i wydać nasiona. Jest to niezwykle "męczące" dla roślin. Wielokrotnie obserwowałem u storczyków z torebkami nasiennymi zahamowanie wzrostu na długie miesiące. Podobnie , po kwitnięciu rośliny odpoczywają , aby zregenerować wydatek energii , którą pochłonęły pąki kwiatowe , kwiaty i ew. w końcu nasiona. Celem każdego amatora storczyków jest uzyskanie najładniejszych kwiatów, jak najwięcej na pędzie i jeszcze wydłużyć czas kwitnięcia , najlepiej dwukrotnie ponad normę. To wszystko "zjada " zasoby energii naszej rośliny i może być przyczyną " nagłego padnięcia po trzech latach" - bo wtedy właśnie zakwitła!!. Proszę sobie przypomnieć różne posty od hobbystów , którym coś zakwitło po kilku latach czekania . Oni najczęściej nie mieli problemu " trzeciego roku". W ostatnim numerze "Orchds" (sierpień 2007) jest ciekawy artykuł o Grammatophyllum speciosum które zakwitło po 40 latach uprawy i różnych kolejach losu , bo nikt tak na prawdę nie chciał kolosa, który latami nie kwitł Sama roślina ważyła 45 kg!. Czy będzie dalej żyła szczęśliwie , to się pewnie okaże .
Być może sami przyczyniamy się do " efektu trzeciego roku" robiąc wszystko aby storczyki zakwitły jak najwcześniej i jak najładniej. Może żyłyby dłużej jako naokienna kapusta - tylko po co ?
Pozdrowienia- Tomek

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Romuald Kosina
E-mail:  
Data: sobota, 18 sierpnia 2007 16:25:34
Hej, Jurku!!!!!!!
Może najpierw na intymny temat: dokładnie taki sam garnek jest już napełniany zieloną herbatą. Ten nadtłuczony jeszcze się na coś przyda.
A teraz o tych biednych storczykach. Wydaje mi się, że te osobniki, które są pobierane z naturalnych stanowisk, mają bardzo małe szanse na przeżycie w naszych domach. Taka zmiana środowiska jest zbyt dużym stresem dla nich. Dowodem jest to, że często już martwe docierają do nas. A te z hodowli wegetatywnej? Chyba mają największe szanse. A te z hodowli in vitro, i tego jest teraz przewaga? To co napisał Kolega Piotr jest w części prawdą. Nie chodzi tu o zubożenie puli genowej populacji, bo my mamy pojedyncze sztuki, a ich genomy są powielane właśnie in vitro. Przez lata te same. Czy aby? Jest coś, co nazywamy zmiennością somaklonalną. Jest to zjawisko nagromadzania się mutacji podczas uprawy in vitro. Każda zmiana pożywki (zmiana środowiska) powoduje takie mutacje. Wiele z nich jest defektywnych, a więc daje to słabe osobniki. Hodowcom in vitro sprawa jest znana i starają się tak upawiać, żeby to minimalizować, ale tego się nie uniknie. Zatem to stresogenne środowisko na naszych parapetach, w naszych witrynach, z kiepską wodą, ze wspomnianym "osamotnieniem" naszych pupilków (bez dobrych grzybów, bakterii, mchów, paproci i innych organizmów glebowych, nadrzewnych i naskalnych) nakłada się często na słaby genetycznie materiał. Nasza rola jest taka, jak lekarza w szpitalu w społeczeństwie pełnym chorych i kalek. Żeby to wszystko nie padło od razu, firmy storczykowe stosują wiele lekarstw (środków ochrony), które my stosujemy sporadycznie. W końcu nasz pupil-pacjent zaczyna cierpieć z braku "polopiryny", którą mu przedtem dawano totalnie. Gdyby można było uzyskać w naszych witrynach pewien stan równowagi ekologicznej poprzez wprowadzanie tam innych mieszkańców, to może określone (nie wszystkie dla danego układu) gatunki zaczęłyby w nim dobrze funkcjonować. Ja obecnie wprowadzam wiele gatunków Tillandsia do mojej witryny, również paprocie oraz mchy. Prawda, że często na zakupionych podkładkach ze storczykami mamy takie mikroświaty z glonami, mchami, siewkami paproci, itp. Dbam o nie tak samo, jak o storczyki.
Proszę traktować moje uwagi zupełnie luźno, ale przyznaję, że temat jest bardzo ciekawy i jeśli będę wiedział coś więcej, dopiszę.
Serdeczności dla Wszystkich!!!!!!!
Romek
P.S. Jurku, może od momentu stłuczenia tego garnka zacznie nam się szczęścić ze storczykami?

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Romuald Kosina
E-mail:  
Data: niedziela, 19 sierpnia 2007 15:31:35
Moi Drodzy!!!
Przyrzekłem, że jak coś będę więcej wiedział, dopiszę. A więc: Aleksandra Solecki z USA planuje badania nad zanikaniem storczyków na Florydzie. W projekcie są studia nad gatunkami dwóch rodzajów: Cyrtopodium i Epidendrum. Jako ważny czynnik osłabiający żywotność roślin w populacjach przytacza niszczenie grzybów mikoryzowych, które w symbiozie ze storczykami zwiększają ich odporność na suszę i infekcje patogenami, zmniejszają stopień uszkodzeń przez szkodniki i generalnie poprawiają ich adaptację do danego środowiska. W naszych uprawach niewątpliwie mamy do czynienia z takim stanem, gdyż stosujemy środki, bardzo często właśnie grzybobójcze, które zabezpieczają "na teraz" storczyki przed patogenami, ale równocześnie osłabiają ich odporność. Być może ten stan "załamania", to stan nagromadzenia patogenów uodpornionych z czasem na nasze związki (mutanty grzybów) i równoczesnego zaniku mikoryzy. "Osiołkowi w żłobie dano, w jednym owies, w drugim siano" - co tu wybrać? Jestem za mikoryzą i izolacją osobników chorych, i ewentualnym ich leczeniem. Nie jest to w praktyce łatwe.
Do zobaczenia!!!!!!!
Romek

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Piotr Markiewicz
E-mail: piotrmar@yahoo.co.uk
Data: poniedziałek, 20 sierpnia 2007 10:56:59
Czyli coś tam dobrze mi kołotało się troche w głowie
Ja staram się właśnie odstawić chemię - która być może wykończyła moje echinolabium, chyba nie warto przjmować się każdą plamką i lecieć od razu po cały arsenał do ogrodniczego. Mam jeden tegoroczny liść u Oncidium Josephine caly w mocne polamy nie stosowałem chemii, dałem za to troche więcej słońca i chyba ma lepszy teraz ruch powietrza, obenie jest juz kolejny przyrost, starszy dalej egzystuje osiągnął pokaźny rozmiar i wygląda jakby sobie sam poradził z infekcą... podobnie było z dosyc mlodą Phal. mariae w za ciemnym miejscu marniała, była czarna zaraza i kto wie co jeszcze, przetrwała - teraz 2 ładne młode liście bez oprysków - hm i nasuwa się kolejny wniosek: cieniolubne rośliny też lubią czasem jakiś prześwit słonka Wiem że nie zawsze to tak się da, ale czasem warto próbować.

No to przydałyby się teraz szcepionki 'mikoryzowe', by raz na jakiś czas zapodać je naszym roślinkom, tylko jakie i skąd i żeby byłe włąściwe dla poszczególnych gatunków

Pozdrawiam

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Romuald Kosina
E-mail:  
Data: poniedziałek, 20 sierpnia 2007 13:15:57
Panie Piotrze!!!!!!!
Ja właśnie jestem na etapie pewnych "ekologicznych" modyfikacji mojej witryny. Tam rosną storczyki wymagające stałej, większej wilgotności. Są to głównie obiekty na podkładkach i takie preferuję, bo jest to naturalny sposób ich osadzenia w środowisku. Inne, znoszące okresowe wysuszenie, są uprawiane na oknach. Zatem, jak pisałem, wprowadzam gatunki Tillandsia, paprocie oraz mchy na fragmentach kory zebranych w lasach. Najczęściej jest to kora dębowa. Wiem, że niektórzy uważają, że w ten sposób zakażam witrynę, ale osobiście jestem zdania, że nie. Większość grzybów na tym materiale nie jest patogenicznych. Patogeny storczyków są przynoszone w nasze kolekcje na zakupionych chorych egzemplarzach. Niewykluczone, że wśród wnoszonych do witryny grzybów będą też mikoryzowe dla storczyków. Zamierzam wprowadzić też inne rośliny tropikalne rosnące razem ze storczykami w naturze, a to begonie, gesnerie czy peperomie. Ponieważ witryna ma ograniczoną pojemność, więc wprowadzane gatunki muszą być typu mikro. Może, podkreślam, może uda mi się ustabilizować ten mikrosystem. Oczywiście parametry temperatury, wilgotności, przewietrzania należy optymalizować. Sądzę, że w wielu witrynach i wilgotność i temperatura są okresowo zbyt wysokie. Wtedy rośliny słabną, grzyby, niestety i patogeniczne rosną w potęgę. Eksperymentujmy!!!!!!
Serdeczności!!!!!!!
Romek

Strona:    Poprzednia    1  2  [3] 4  5    Następna

Powrót do grupy


© Copyright 2026 Orchidarium.pl