Strona główna serwisu Strona główna forum

  Grupa:  Ciekawe miejsca

 Temat:  Kostaryka kraj piękny i różnorodny
  Strona:    [1] 2    Następna

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Piotr Markiewicz
E-mail:  
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 04:44:57
Kostaryka kraj piękny i różnorodny.

Położenie miedzy Oceanem Spokojnym a Atlantyckim w postaci Morza Karaibskiego w przewężeniu Ameryki Środkowej, w większości z terenami wyżynno – górzystymi, oraz pięknymi plażami wzdłuż wybrzeży, niezliczonymi lasami i wulkanami, wciąż w wielu wypadkach wykazującymi aktywność, czyni Kostarykę wybitnie różnorodnym i ciekawym krajem turystycznie. Na mapie wszystko wygląda na dosyć małe i blisko położone, jednak w rzeczywistości nie jest tak jakby mogło się wydawać, szczególnie przemierzanie, nizinnych odcinków jest karkołomne w wyniku zniszczeń dróg w porach deszczowych, kontrastując z pięknymi równiutkimi drogami dosyć wąskimi, ale jak przyjemnymi w wyższych rejonach, ale i ich brakiem w wielu miejscach spowodowanych ukształtowaniem terenu.

Wycieczkę udało nam się całą trójką: ja, znajomy Szymon i nasza Sandra zorganizować w czasie kostarykańskiej pory suchej a dokładniej byliśmy tam 29 styczeń - 12 luty. Dwa tygodnie, zdaje się sporo, jednak to zdecydowanie za krótko na ilość możliwości i atrakcji tego kraju. Również nie do końca trafiliśmy na najlepszy sezon do oglądania kwitnących roślin, który zdaje się przypadać najprawdopodobniej w listopadzie, jednak udało nam się jak na pierwszą taką wyprawę wypatrzeć całkiem sporo.
Plan był zdecydowanie intensywny. Po przylocie przemknęliśmy przez stolice, która nie została zaliczona do celów naszej wyprawy. Pierwsza noc spędziliśmy w malowniczym prywatnym hoteliku za miastem : La Boruca. Tu pierwszy kontakt ze storczykami, ogródek zdawał się być magiczny, już w nocy dojrzeliśmy Trichopilie w kwiatach i nasze pierwsze zachłyśniecie mimo ze hodowlanymi roślinami, szczególnie o poranku w pełnym słońcu z widokiem na mieniący się kolorami drzewo Eucaliptusa, krowami muczącymi w oddali stało się zapowiedzią naszej sielankowej, ale i egzotycznej przygody.

Następnego dnia dosyć leniwie jednak pełni zapału ruszyliśmy w drogę, widoki z wzniesień zapierały dech w piersiach, roślinność zdawała się tylko odrobinę zaniepokojona serpentynami szos. Wiele wodnych cieków wiło swoje nowe korytarze na skalnych urwiskach. Ciepło skłaniało ludzi do kąpieli w szerokich nurtach rzek. Przy jednej z nich jako jedyni europejczycy, z poczuciem intruzów postanowiliśmy zakosztować lokalnych potraw, przygotowywanych przez kobiety niemal jak na prywatnym rodzinnym pikniku. Mimo bariery językowej szybko wmieszaliśmy się w tłum, nie budząc żadnych sensacji. Stopy ochłodzone w rzece, pierwsze kostarykańskie piwo i mięsne przysmaki, oraz uśmiechy lokalnych były wprowadzeniem do naszej tam obecności.

Kolejnym celem było Puerto Viejo, malownicza karaibska miejscowość, z jamajskimi kolorytem, luźna atmosfera, wszędobylskimi surferami i pysznymi mięsnymi szaszłykami. Nie nurkowaliśmy, ale już pierwszego popołudnia brodząc po pięknej niebieskawej wodzie w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca, udało nam się dostrzec małą ośmiornicę?, ukwiały, kilka morskich ślimaków, w tym jednego z złotymi plamami, mnóstwo kolczatek, a nawet czającą się małą Murenę, której karmienie ślimakiem nie do końca odniosło skutek ;-) W kabinach, w których się zatrzymaliśmy, Brassavole nodosy wodziły nas za nos wieczorami, a ręcznie przyrządzane Mohito w lokalnym barze było naprawdę wyśmienite a i sushi trafiło się całkiem przyjemne. Śniadania były niemal zawsze z ryżem, fasolką i sokami ze świeżo wyciskanych tropikalnych owoców

Następnego dnia ruszyliśmy do lekko na północ oddalonego Parku Cahuita. Położenie wzdłuż plaż karaibskich, lasu pełnego jednak bardziej zwierząt niż storczyków, dostarczyło nam wielu wrażeń. Tak naprawdę niewprawne jeszcze oko a być może jednak położenie Parku oraz miesiąc styczeń/luty, poza nie kwitnącymi roślinami z Catasitenae, oraz Wanilii która rosła nawet na piasku plaży i pobliskich krzakach, kilku Brassavoli, nie udało się zobaczyć żadnych kwitnących storczyków. Sandra chyba widziała pąki / kwiaty? na Wanilii, ale ja wtedy zgubiłem się gdzieś z aparatem i nie dostrzegłem ich. Jednak ta wędrówka to wiele innych atrakcji, dzięki lokalnym przewodnikom widzieliśmy jadowite węże: żółte i inaczej zabarwione osobniki z gatunku Żararaka rogata i kilka innych małych niejadowitych węży nadrzewnych. Wielkie Iguany wygrzewające się wysoko w koronach drzew, Bazyliszki dobrze ukryte w swoim kamuflażu, wtapiającym się w zieleń drzew oraz inne mniejsze jaszczurki. Gwiazdami lasu okazały się leniwce, o śmiejących się twarzach, chwilami do złudzenia przypominając ludzkie grymasy. Z pewną dozą niepewności jak blisko i daleko nam do nich, napotykaliśmy również kapucynki; głupota ludzka przyzwyczaiła je do turystycznego dokarmiania przyprawiały nas o dreszcz niepokoju, i w momencie chłodzenia się w morzu, pomimo straży przy naszych bagażach jedna wybitnie wścibska sztuka zwinęła mi z kieszeni plecaka zapakowany kawałek ciasta bananowego... Musieliśmy się obejść smakiem. Powoli droga tego dnia zmierzała ku końcowi, w koronach rozbrzmiewały donośne wypełniające dżunglę okrzyki wyjców, o dosyć interesującej fizjologii ;-) Mięliśmy też spotkanie z wszędobylskimi szopami, oraz misje ratowniczą: Kilka młodych szopów nerwowo krążyło przy zamkniętym śmietniku, po odblokowaniu go okazało się, że w środku została uwięziona matka. Dumni i zmęczeni minęliśmy bramy Parku i znaleźliśmy się w ‘raju’ – czytaj mini leśnym hoteliku/restauracji z błękitnym basenem a nawet kwitnącymi, jak się okazało całkiem często występującymi azjatyckimi gatunkami storczyków w przydomowych ogródkach: Arudina graminifolia oraz z rodzaju Papilionanthe.

Korki zmieniły lekko nasze plany. Plantacje bananów, dojrzewających w niebieskich workach, gotowych na eksport, mijaliśmy po drodze na moje życzenie by zobaczyć Panamę, dotarliśmy do rzeki granicznej i to na tyle... Zajrzeliśmy również na jak się okazało i szerszą i czystszą, i dosyć opustoszała plażę Manzanillo, niestety poza spacerem znów nie starczyło czasy by zagubić się w zlokalizowanym tam rezerwacie. Za to dobra kolacja wynagrodziła nasze trudy.

Naszym kolejnym przystankiem był Narodowy Park Tapanti, jak się okazało być może jedno z tańszych miejsc do nocowania w okolicy, jednak ten park jest sławny z najwyższych opadów, które sięgają około 625-750 cm! rocznie co w porównaniu do Polski jakieś odrobinę ponad 500mm rocznie jest naprawdę niebywałe. Pomimo faktu, że byliśmy tam w porze suchej, sporo czasu spędziliśmy moknąc. Trochę mi się za to dostało, z drugiej strony gdybyśmy mieli tylko czas to miejsce z którego piechotą można w każdą stronę wędrować eksplorując przeróżne siedliska storczyków. W Kiri Lodge, w którym się zatrzymaliśmy, miła obsługa gotowała nam dobre śniadania i niezłe kolacje w bardzo przystępnych cenach. Ta baza wypadowa stała się naszym noclegiem na kolejne 5 dni.

Pierwszy pełny tam dzień postanowiliśmy o własnych siłach ruszyć do samego środka Tapanti. Początek lekko szary, ale całkiem przyjemny, ale już niebawem zaczęło nas podlewać deszczem, co chwila ustającym i wzmacniającym na przemian swoją intensywność. Poza pierwszym płaskim odcinkiem drogi wybraliśmy ścieżkę pnącą się znacznie wyżej, wyzwanie było znaczne, ale wiele roślin w kwiatach, mimo wszystko w niższych rejonach naszej wędrówki przyniosło ogromne zadowolenie, znalazłem wspaniałą różowawą Maxillarie bradeorum, rosnącą zaraz z boku ścieżki ale na stromym zboczu i mimo że tak nie wygląda, zrobienie jej fotek kosztowało mnie trochę nerwów ;-) Kilka Pleurothallidów w kwiatach, włącznie z zachwycającym Pleurothallis janetiae i mnóstwem zielonych, lub tez już z torebkami nasiennymi roślin oraz dwa gatunki Oncidium, szczególnie luteum rosnące w zupełnie mokrych ciemnościach było nieco zaskakujące. Drugie Oncidium klotzchianum z 2-metrowym pędem, ale niestety tylko kilkoma kwiatami na jego końcu nie mniej okazało również ciekawym znaleziskiem, tym bardziej ze w nawałnicy wielkiego deszczu zostało dostrzeżone.

Te dni spędziliśmy również oglądając Wulkany szczególnie ciekawy Irazu 3432 m n.p.m i mimo tej wysokości nie czuło się, że jesteśmy aż tak wysoko, dotarliśmy tam w gęstą deszczową mgłę, co widać na fotce z zmokniętym Ostronosem białonosym, jednak po 15 minutach wszystko się rozjaśniło, mgła znikła jak zaczarowana, a w pełnym słońcu i błękitnym niebie rozległ się przepiękny widok, wraz z szmaragdowym jeziorem zalewającym jeden z pobliskich wulkaniczny kraterów.
Dzięki znajomości z Danielem Jimenezem, lokalnym maniakiem rowerów górskich i bliskim współpracownikiem botaników z Lankaster Garden, poszukującym storczyki Kostaryki, mieliśmy okazję znaleźć wspaniale gatunki rzadkich Lepathesów oraz naturalne siedlisko kilku Telipogonów, Masdevalli i innych Pleurothallidów. Również na pastwiskowych drzewach kolonie na moje życznie Oncidium warzszewiczii, oczywiście ze względu na nazwę po naszym rodaku ;-) Wiele roślin noszących całkiem spore ilości torebek nasiennych, rokujących na przyszłość gatunku i ciekawe Ticoglossum z białymi uroczymi kwiatami. Zajrzeliśmy rzecz jasna również do wspomnianego wcześniej ogrodu botanicznego, który wypełniony roślinami, jednak bez zaawansowanego sprzętu i jakiś znacznie zróżnicowanych temperaturowo pomieszczeń zdawał się nie być wystarczającym miejscem na długoterminową hodowlę roślin, mino tego zarówno kwitnące Dracule, Lycaste, Oncidia, Gongory Cattleye, Maxillarie i mnostwo Pleurothallidów zarówno maluchów jak i tych większych zdawalno się mniej lub bardziej zadowolonych. Dla mnie było niesamowitym wrażeniem zobaczyć tam Eriopsis w kwiatach.

Kolejny dzień przyniósł nam dylemat musieliśmy decydować czy wybrać się z kolejnym amatorem storczyków a przyjacielem Daniela – Leo, w poszukiwaniu Dracul w podobne rejony, czy nieco dalej i ‘cieplej’ położony La Marta. Oczywiście szkoda Dracul jednak wybrany park również okazał się interesującym miejscem a znalezienie kwitnących koloni Platyste w naturze, mikro Stelisów i kilka innych rodzajów, było równie ciekawe i bardziej suchym doświadczeniem ;-) Również żucie trzciny cukrowej zakupionej od lokalnych mieszkańców po drodze oraz sprzedaż storczyków, głównie większych azjatyckich Dendrobium i paru lokalnych gatunków jak Lycaste, o bulwach wielkości niemal jaja strusiego były kolejnym niezapomnianym doświadczeniem po drodze do domu.

Przy jednym ze śniadań widziałem przelatującego całkiem sporych rozmiarów Tukana niestety aparat nie był wtedy pod ręką, a przy innych okazjach wypatrywaliśmy całkiem sporo ciekawych ptaków, pożywiających się owocami. Dosyć głośno i charakterystycznie brzmiących a gniazdujących w pobliskich palmach ptaków z gatunku: Kacykowiec aztecki (Psarocolius montezuma), do dziś słyszę te dźwięki, wspominając tamte dni.

Kolejny maraton samochodowy i jazda na niemal samą północ kraju w kierunku Bijauga i wulkanu Tenorio. Po drodze mieliśmy wspaniałą pogodę, wstąpiliśmy do małej przydrożnej motylarni, przypatrując się niesamowitym kształtom i kolorom, kokonów, larw i wspaniałym motylom, szczególnie ogromnym niebieskim i niebiesko-fioletowym motylom z rodzaju Morpho. Na zewnątrz karmniki dla kolibrów były często odwiedzane przez przeróżne gatunki od średnio ciekawych szarawych do przepięknych rożno kolorowych, wśród nich mój faworyt ogromny biało granatowy z zakrzywionym czarnym dziobem, niestety moje umiejętności i ustawienia aparatu zupełnie zawiodły dla takich szybkich obiektów. Kolejną atrakcją okazał się wulkan Arenal, który wciąż aktywny wyrzuca spore ilości dymu, a dla szczęśliwców czasami widoczne są strużki lawy nocą, jednak to chyba bardziej chwyt turystyczny niż coś, czego należy się spodziewać, tak czy inaczej piękna pogoda pozwoliła nam przyjrzeć się dymiącemu szczytowi całkiem dokładnie. Wieczór uwieńczony został ręcznie wyrabianą pizzą w pankhipisowkiej budzie, zbuntowanego przed laty Amerykanina. Z widokiem na piękne jezioro Arenal i sielankowy obraz chłopięcia koszącego maczetą siano dla konia z przerwami na zabawę komórką… Tu poza naszymi beznadziejnymi roamingami - większość naszych telefonów okazała się bezużyteczna do dzwonienia – jednak i należą się brawa dla Kostaryki ponieważ internet za to docierał praktycznie wszędzie. Do naszego celu dotarliśmy całkiem późno, szczególnie, że w Kostaryce ciemno się robi miedzy 17 a 18sta, a cześć drogi zupełnie dzika spowolniła nas jeszcze bardziej. W końcu dotarliśmy i zostaliśmy miło przywitani w Casitas Tenorio przez super parę młodych gospodarzy.

Park Tenorio z rzeką Rio Celeste i jej wodospadem to niesamowicie malownicze miejsce. Mleczno niebieski kolor wody wynika z mieszaniny związków siarki i węglanów wapnia. A miejsca zmiany przejrzystej w zabarwioną wodę naprawdę nadawały temu miejscu bajkowej atmosfery. Po drodze wydzielające się sporymi bąblami związki siarkowodorowe i być może innych gazów, stwarzały z goła odmienną atmosferę, jednak uwieńczenie wędrówki w gorącym źródle, zaledwie pare głazów od zimnej wody rzeki, było iście kojącym doświadczeniem dla zmęczonych wędrówką stop. Dla mnie znalezienie kilku Stanhopeiowatych mimo że nie kwitnących to jednak było zadość uczynieniem nie najwyższej raczej ilości storczyków w samym parku, a znaleziska to być może rośliny z gatunku Paphinia, być może też Houlletia a może też inne mniejsze rodzaje. Jednak zaraz po opuszczeniu parku posiliwszy się nie spodziewając niczego nadzwyczajnego w przy parkowej restauracyjce, a w efekcie zaczarowani barwną kuchnią na talerzu i uśmiechem ciemnoskórego gospodarza, zważywszy, że dzień chylił się ku końcowi z pełnym brzuchem i co by wykorzystać ostatnie promienie słońca, miałem nieodpartą ochotę zatrzymać się by obejrzeć co czyha w wysokich przydrożnych drzewach. Świetna decyzja pozwoliła mi dostrzec niesamowicie bogate kolonie kwitnących Maxillarii anceps, oraz innych nie kwitnących gatunków jak Epidendrum i prawdopodobnie Scaphyglottis.

Kolejna krótsza podroż i rozochocenie gorącymi źródłami, zaprowadziły nas do Thermomania, zapewne jakiś proste konkluzje z Orchidmania ;-) Gdzie już i w części basenowo ślizgawkowej, jak i bardziej dzikich zbiornikach wodnych wymoczyliśmy i wygrzaliśmy się do woli, równie chętnie korzystając wieczorem z basenowego baru. Nad ranem znów widziałem tukana, i jedyne dwie zielone papugi, pod tym względem chyba nie mięliśmy za dużo szczęścia, aczkolwiek nie na ptakach się koncentrowaliśmy, a oczywiście znów wtedy byłem bez aparatu...

Ostatnie dni postanowiliśmy zakosztować słońca nad Oceanem Spokojnym. Manuel Antonio to zdecydowanie turystyczne miejsce a Park oblegany niemiłosiernie, zdawali się trzeszczeć od natłoku turystów w suszy bezdeszczowego sezonu. I może po tym co już widzieliśmy ten ostatni park był, traktowany z lekkim znużeniem już tak tylko co by zaliczyć, to jednak kilka roślin jakimś cudem udało nam się upolować. Kwitnaca Brassavola nodosa w czerwone kropki i jedno kwitnące na żółto wypatrzone Epidendrum (widziane wiele razy wcześniej już po kwitnieniu z torebkami nasiennymi) i najprawdopodobniej kolejny z pędem Scaphyglottis a może i inny gatunek, rosnące na palmach plaży oraz mała kolonia roślin Lockhartii sp nieco osłodziły wrażenie z tego Parku. Smaczku dodała kolonia grubych bulw Catasetum? na ogromnym zwalonym konarze, i zabrakło tylko łut szczęścia, gdy odkryłem z jego tylu jedyny niemal gotowy do rozkwitnięcia pęd… Za raz za tym pojawił się piękny jaszczur - czarno paskowany i w momencie gdy szykowaliśmy się do strzelenia mu fotki, drapieżne ptaszysko pojawiło się znikąd, nasz jaszczur zniknął, a my zostaliśmy jak wryci wpatrzeni w silne szpony ptaka, chyba równie zaskoczonego naszą obecnością co my jego... Jednak to miejsce jak i cel tam pobytu, to plaże, plaże, atole, malownicze zatoczki, i to wszystko tam było. Wspaniale grupy krążących nad oceanem kormoranów, nurkujących prosto z powietrza znienacka, by posilić się z zaskoczenia niespodziewającymi się niczego rybami; wieczorne restauracje, serwujące całkiem niezłą kuchnię, jak choćby ta zlokalizowana we wnętrzu ogromnego samolotu, rozbłyskujące mrok nocy niczym obcy nieznane owady w trawie, tańce nocy to wszystko było świetnym zakończeniem naszej podróży.

Fotek jest sporo, wybranych lekko ponad tysiąc! Oczywiście mnóstwo z nich przedstawia również inne rośliny, widoki, ptaki, gady, owady, grzyby i co tam się nam przytrafiło po drodze. Mam nadzieję, że z miłą chęcią sobie je państwo obejrzą. A tu dam tylko kilka tak dla zaczęty:





















































Pozostałe zdjęcia do obejrzenia na moim foto profilu (pare fotek jest tam zrobionych również przez Sandrę):
http://www.flickr.com/photos/54255865@N00/collections/72157625966165720/


Pozdrawiam

Piotr Markiewicz

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: wiesia
E-mail: wukul@op.pl
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 07:42:04
Panie Piotrze, obejrzałam wszystkie zdjęcia na flickr-jestem pod ogromnym wrażeniem.Pozdrawiam.WK

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Agata
E-mail: agata.rapacz@gmx.at
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 09:19:19
Panie Piotrze, nie powiem, ze nie zazdroszcze .Wspanialy reportaz, okraszony cudownymi zdjeciami, pozwolil choc na chwile przeniesc sie w zupelnie inny swiat.Pozdrawiam Agata

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Wiktor
E-mail:  
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 09:46:50
Tylko Wam pozazdrościć!!! Dzięki za piękne zdjęcia i reportarz! Może i mnie tam poniesie,jeśli czasu starczy.Pozdrawiam Wiktor.

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Grażyna Siemińska
E-mail: g.sieminska@chello.pl
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 16:59:37

Nooooo, wreszcie pokazałeś "wszem i wobec" co widziałeś w swojej chyba "podróży życia"

Pozdrawiam,
Grażyna

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Anna
E-mail: anna@roslin-menazeria.net
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 18:22:55
Wspaniała wyprawa i piękne zdjęcia! Bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć storczyki w naturze, dlatego trochę zazdroszczę. Sporą część dnia poświęciłam na obejrzenie zdjęć. Świetna dokumentacja! Gratuluję wyprawy i dobrego oka!

Pozdrawiam,
Anna

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Sandra Wawrzyniak
E-mail: cass@poczta.onet.pl
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 20:48:27
Heh, dobrze że nie wstawiłeś tej mojej fotki z najbardziej deszczowego parku w kraju, w ulewie, po kolana w błocie No cóż - było bosko, gdyby nie Piotrek nigdy bym do tego storczykowego raju nie dotarła. Tam zamierzam spędzić emeryturę.

pozdrawiam
S.

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Krasnal
E-mail: kkrasnal@op.pl
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 20:53:01
Dlaczego mnie nie zabraliście do plecaka?????

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Ewa Jóźwiak
E-mail:  
Data: niedziela, 10 kwietnia 2011 23:09:21
Witajcie,
barrrrrrrrrrrrdzo zazdroszczę.
Dzięki za relację. Oj, jak ja lubię takie klimaty.

Pozdrawiam
ewka

Odpowiedz Pokaż wiadomość 
Autor: Małgosia
E-mail: m.wegner@op.pl
Data: wtorek, 12 kwietnia 2011 08:57:37
No po prostu mnie zatkało Ale cudowną mieliście wyprawę - a zdjęcia boooooooskie. Też chceeee na Kostarykę!!!
A może Krasnal by tam jakiś zlot zorganizował

Strona:    [1] 2    Następna

Powrót do grupy


© Copyright 2018 Orchidarium.pl